PODosłonami.pl

Hazera
Yara

Czas pomyśleć o energii

O rozważania na temat metod oszczędzania energii cieplnej w szklarniach poprosiłam Kazimierza Dąbrowskiego – właściciela gospodarstwa Flora in vitro z Dębowca k. Jasła. Po pierwsze dlatego, że zdecydował się ogrzewać szklarnie (o powierzchni 6000 m2) gazem, czyli drogim paliwem. Po drugie, gospodaruje we wschodniej, a więc chłodniejszej części Polski. Po trzecie, produkuje m.in. poinsecje (także ukorzenia ich sadzonki), czyli rośliny o dość dużych wymaganiach termicznych. Po czwarte – chętnie dzieli się swoimi doświadczeniami.

Kazimierz Dabrowski

Kazimierz Dąbrowski znany jest z produkcji doniczkowych begonii (a także ukorzeniania sadzonek poinsecji), fot. Alicja Cecot

– W lecie niekoniecznie myśli się o opale czy oszczędzaniu energii cieplnej, ale to chyba błąd?

Kazimierz Dąbrowski: Na pewno. Trzeba o tym myśleć wtedy, kiedy można coś zmienić. A najłatwiej zmieniać latem, gdy zużywa się mało energii albo nie używa się jej wcale.

Choć ta ostatnia sytuacja w dobrym ogrodnictwie z uprawą pod osłonami należy do rzadkości. Kocioł powinien być ciągle czynny. Na przykład nad ranem częste są latem spadki temperatury, które powodują, że rośliny stają się „mokre” (wzrasta wilgotność względna powietrza); ogólnie zbyt duża różnica między maksymalną a minimalną temperaturą dobową wywołuje zaburzenia we wzroście. W takiej sytuacji podgrzanie szklarni czy tunelu staje się codziennością.

– Można więc stwierdzić, że „nie ma miesiąca bez ogrzewania”…

KD: U mnie nie ma. Przy takiej jak moja produkcji, która w dużej mierze polega na ukorzenianiu sadzonek (poinsecji i begonii), jest to wręcz niewyobrażalne! Ale są ogrodnicy, którzy mogą się obyć bez ogrzewania w czerwcu, lipcu – bez większej szkody dla efektów uprawy. W sierpniu już raczej nie – gdy np. ma się w szklarni poinsecje, trzeba ją wówczas podgrzewać. A więc czerwiec i lipiec to najlepsza pora na remonty czy modernizacje albo na całkowitą zmianę systemu ogrzewania.

– O czym warto pomyśleć podczas modernizacji, by utrzymać lub poprawić opłacalność produkcji?

KD: Po pierwsze, jest to zbiornik buforowy, który magazynuje ciepłą wodę. W naszym gospodarstwie ma on pojemność 100 m3. Okazuje się niezbędny zwłaszcza w takim przypadku jak nasz, gdy szklarnie ogrzewane są gazem. Po różnych wcześniejszych doświadczeniach zdecydowałem się na to paliwo ze względu na dostępność, łatwość korzystania z niego, bezawaryjność i wygodę, a także czystość obiektu. Jak wiadomo, z gazem wiążą się jednak nie tylko wysokie opłaty za samo paliwo, ale też konieczność zamówienia tzw. mocy umownej, której każde przekroczenie skutkuje dużymi dodatkowymi kwotami. Trzeba ją więc tak wyliczyć, żeby nie była przeszacowana (bo płaci się za nią co miesiąc, przez okrągły rok – tyle samo w lipcu i w grudniu), ale też żeby jej wystarczyło. W moim przypadku, przy zamówionych 100 m3 na godzinę, taki „haracz” wynosił ok. 8 tys. zł miesięcznie. A sto metrów sześciennych gazu na godzinę to jest minimum, które powinienem mieć (zimą)… nie posiadając zbiornika buforowego.

– A mając zbiornik buforowy?

KD: Kocioł CO pracuje dzięki niemu z mniejszą mocą, ale stale do tego zbiornika „dorzuca”. W efekcie mogę zredukować ilość zamawianego gazu o połowę – do 50 m3/godz. Czyli udaje mi się zaoszczędzić około 50 tys. zł na rok. Oczywiście zbiornik buforowy kosztuje, ale nasz zamortyzował się po 2 latach. Przynosi też drugą, niezaprzeczalną korzyść – zwiększa bezpieczeństwo: na wypadek awarii pieca CO zimą daje kilka godzin „luzu” na usunięcie usterki. W tym czasie ciepła woda jest pobierana z „bufora” i szklarnia wciąż jest ogrzewana, pomimo że główne źródło energii przestało działać. Można ten okres niezbędny do naprawy przedłużyć do 1 dnia, obniżając temperaturę w szklarni np. z 200C do 8-100C. Rośliny przeżyją, a zyska się na czasie.

– Zbiornik buforowy umożliwił dalsze, ekonomicznie uzasadnione korzystanie z „wygodnego” gazu, ale ceny tego paliwa wciąż rosły, zmieniały się uwarunkowania ekonomiczne…

KD: Tuż przed kryzysem gospodarczym lat 2008-2009, trochę przypadkiem, stałem się posiadaczem używanego kotła (Mawera o mocy 350 kW) do spalania trocin, do którego zakupu namówił mnie przedstawiciel firmy Viessman. Nie byłem do tego początkowo przekonany, bo po 3 latach ogrzewania szklarni gazem przyzwyczaiłem się do wygody, do tego, że piec jest „bezobsługowy”, a tymczasem kocioł na biomasę wymaga dodatkowych instalacji, czyszczenia, dowożenia dużej ilości paliwa, składowania… Ale z dzisiejszej perspektywy już wiem, że gdyby nie ten zakup, byłoby ciężko przetrwać finansowo, co dość szybko pokazał wspomniany kryzys, gdy znacznie spadły zamówienia na produkowane przez nas sadzonki.

Całkowicie się więc Pan przekonał do zalet kotła na trociny. Jakie konkretnie korzyści przyniósł?

KD: To był naprawdę bardzo dobry zakup. Podczas niektórych kolejnych zim spalałem dzięki niemu już bardzo mało gazu i zmniejszyłem do 40 m3/godz. zamówioną moc umowną. W rezultacie – znacznie spadły opłaty za ogrzewanie szklarni dotychczasowym sposobem. Z powodu łagodnych zim i dzięki temu, że funkcjonuje zbiornik buforowy, z ogrzewania gazowego z reguły generowane jest tylko 20-30% niezbędnej energii. Mimo wszystko wciąż jest ono tym bazowym źródłem ciepła, bardziej niezawodnym, także ze względu na kocioł CO, który jest bardziej zaawansowany technicznie niż używany piec do spalania trocin. Jeśli chodzi o wydajność: zamiennikiem wykorzystywanego przeze mnie pieca na trociny byłby kocioł na gaz spalający na godzinę 30 m3 tego paliwa. Jest to więc piec bardzo mały, ale pracuje przez okrągły rok i dobrze spełnia swoje zadanie.

– Czego jeszcze, oprócz zakupienia kotła, wymagało ogrzewanie biomasą?

KD: Trzeba było zupełnie przeorganizować kotłownię, wygospodarować powierzchnię na składowanie trocin, zbudować silos, zainstalować transporter (pneumatyczny), zaangażować ludzi do prac związanych z „obsługą” biomasy. Krótko mówiąc: było dużo zamieszania. Ponieśliśmy też spore nakłady na tę inwestycję, co w momencie jej realizacji mogło się wydawać zupełnie niepotrzebne – za te pieniądze można było spokojnie przez 2 lata opłacać gaz. Ale sytuacja zaczęła się szybko zmieniać – najpierw na rynku paliw, później na rynku ogólnie, a w kwiaciarstwie szczególnie. Wprawdzie gaz jest obecnie tańszy niż w okresie najgorszym dla takich jak ja, odbiorców, a koniunktura gospodarcza się poprawiła, lecz i tak ogrzewanie gazem jest dwa razy droższe niż biomasą. Gdyby staniało o ok. 30%, chętnie wróciłbym do samego gazu.

– Czy nie ma problemów z zaopatrzeniem w trociny, których w ciągu roku trzeba spalić bardzo dużo?

KD: Są wręcz coraz łatwiej osiągalne w Polsce, odkąd elektrociepłownie mniej ich zużywają. Cena surowca spadła o połowę od czasu, gdy zacząłem z niego korzystać. Trociny dowożone są do nas z lokalnych tartaków – na telefon.

Tym, którzy chcieliby zainwestować w tego typu ogrzewanie, radziłbym wybrać model pieca dostosowanego do spalania mokrych trocin, gdyż – w przeciwieństwie do wysuszonych – są zawsze dostępne „od ręki”. Poza tym nie można stosować mokrego surowca w piecu przeznaczonym do spalania suchych trocin, a na odwrót – można.

– Na co jeszcze warto zwrócić uwagę rozważając wprowadzenie ogrzewania tego typu biomasą?

KD: Co prawda ja kupiłem używany piec okazyjnie, ale cena takiego niewielkiego, 350-kilowatowego, nowego urządzenia to ok. 80 tys. €. Ponadto automatyka usprawniająca spalanie trocin (np. systemy ich podawania) też dużo kosztują. Przy intensywnej eksploatacji trzeba także dość często, co 4-5 lat, przeprowadzać remont pieca, co nie jest tanie.

Nie wszyscy ogrodnicy mogą sobie pozwolić na zakup zbiornika buforowego, nie mówiąc już o piecu na biomasę. Ale modernizacja systemu poziomych kurtyn w obiektach uprawowych jest już bardziej osiągalna – jako znacznie tańsza metoda oszczędzania energii…

KD: Szczególnie ważna w tym względzie jest dodatkowa, przezroczysta kurtyna pozioma (np. XLS 10 Revolux, czyli „siatka” pozwalająca kumulować energię i zarazem przepuszczająca dużo, bo do 85%, światła fotosyntetycznie czynnego), której pracą „steruje” tylko temperatura. Mamy dzięki temu zapewnioną termoizolację, gdy „cieniówka” dniem się rozsunie w warunkach niedoboru światła. A nocą – otrzymujemy dodatkowy efekt termoizolacyjny, bo wprawdzie podstawowa, pierwsza z wymienionych, kurtyn „robi dobrą robotę”, ale co dwa ekrany to nie jeden. U mnie działają 3 kurtyny: podstawowa, cieniująco-termoizolacyjna; zaciemniająca (do sterowania kwitnieniem doniczkowych begonii); energetyczna, używana głównie zimą.

Dzięki temu przezroczystemu ekranowi temperatura wewnątrz ogrzewanego obiektu staje się bardziej stabilna, co korzystnie wpływa na wzrost i rozwój roślin. Na przykład ustawiamy temperaturę wietrzenia na 230C, rozsunięcia kurtyny energetycznej – na 220C, a grzania – na 200C. Gdy zrobi się ciepło, najpierw wyłącza się ogrzewanie, później rozsuwa się kurtyna, a wreszcie – otwierają się wietrzniki. I na odwrót, gdy temperatura w obiekcie spadnie poniżej założonego poziomu, w pierwszym rzędzie zamykają się wietrzniki itd.

– Wszystko to jednak wymaga komputerowego sterowania klimatem i automatyki      

KD: Nie wyobrażam sobie działalności bez automatyki, od której zależy jakość ukorzenianych sadzonek, a także gotowych roślin.

– Dziękuję bardzo za rozmowę.

 

Rozmawiała Alicja Cecot

 

 Jest to pełny zapis wywiadu, który ukazał się w rubryce „Ważne rozmowy” w dwumiesięczniku „Pod Osłonami” 3/2015.

Czasopismo jest do nabycia w sklepie internetowym wydawnictwa Hortpress

 

 

1 komentarz do “Czas pomyśleć o energii

  1. Pingback: Poinsecje - bliźniacze i "jesienne"

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Program Ochrony Roślin
HortiAdNet